Obserwując tu i ówdzie

Weszłam do sklepu z dziećmi. Z DZIEĆMI. Rozumiecie. Dzieci i sklep. No ale dobra. Miałam obstawę. Dwóch rosłych chłopów, w tym dożywotni. Wzięliśmy to na klatę.

Jako, że sklep był z serii galeriowej (obrazów akurat nie widziałam), a głód już nas nieco ssał w środku, uznaliśmy, że pójdziemy coś zjeść. No to dzieci miały frajdę, bo pojeździliśmy ruchomymi schodami. W górę i w dół. W górę i w dół. Dotarliśmy do przestrzeni spożywczej. I co ja paczę? Sala zabaw dla berbeci. Ale nie. Byłam asertywna. No ale dzieć numer dwa zapragnął skorzystać z toalety. Zupełnie nieistotnym okazał się fakt posiadania pochłaniacza moczu w majtkach. Ale jak byk wisiał napis, że toaleta dla dzieci. Ale super pomyślałam i popędziłam w to miejsce.

 

No i tak jak weszłyśmy, tak stamtąd zwiewałyśmy. Odór, który dochodził z tego miejsca zapamiętam chyba do końca życia, a zazwyczaj jestem odporna na różne zapachy. Ja rozumiem, że toaleta publiczna, że każdy może skorzystać. Że dla dzieci. Ale do kurki wodnej, jak dziecko pobrudzi rzeczywistość to jednak przyzwoitość mówi, że należy to sprzątnąć, albo chociaż pójść do kogoś kto może to ogarnąć jeśli jest to w miejscu publicznym.

A teraz apel! Może nieco patetyczny.

Drodzy Czytelnicy! Rodzice!

Dbajcie o miejsca, w których przebywacie! Brzdące na Was patrzą. Uczą się od Was przez naśladowanie! Przecież to Wy nadajecie kształt zachowaniom i postawom swoich dzieci. Nie zmarnujcie tego.

Dziękuję!

Wasza Qra

Opublikowano zasłyszane, zobaczone | Skomentuj

Królowa chaosu

Zaczęły się ferie. Więc dzieci drugi tydzień na antybiotyku. Kot w głowie już powoli majaczy. Ale przecież jestem mistrzem spędzania chorobowego czasu z dziećmi. Świadczą o tym liczne wpisy na kurzym fejsbuku. Puzzle układamy już z zamkniętymi oczami. Zrobiłyśmy przegląd wszystkich gratów, które w innych okolicznościach przyrody dawno wybrałyby wolność, ale przecież akurat wpadły w pięcio i dwuletnie rączki i przecież to teraz ich ulubione zabawki. No więc wymyślałam dalej, bo przecież nie można tak bezczynnie. Przecież można wykorzystać chwilę, gdy drugorodna tnie komara i wykonać jakąś pracę. Na przykład coś pomalować. Na przykład paznokcie. I zaprawdę powiadam Wam, nie wiem, dlaczego na tym nie poprzestałam.
Teraz zbuduję nastrój wydarzenia.

Zabrałam się za malowanie lalczynego łóżka drugorodnej. Łóżko przyjaciółek pierworodnej już miało zetknięcie z moimi niewątpliwymi umiejętnościami malarskimi w wakacje, no ale drugorodna ma urodziny później a więc i to wyposażenie pojawiło się na stanie chaty z kilkumiesięczną obsuwą.

Pierworodną odesłałam do poszerzenia swoich umiejętności językowych korzystając z niewątpliwego udogodnienia jakim jest w domu komputer z bezprzewodowym internetem.

Drugorodna, jak już wcześniej wspomniałam, wtulona w objęcia morfeusza nie była zainteresowana wydarzeniami.

Małżon, który zawsze mówi, żebym nie brała się za takie rzeczy na drugim końcu miasta zarabiał na chlebuś.
Przygotowałam sobie miejsce pracy. Farba czekała już dwa miesiące, ale albo nie było czasu, albo było zimno, albo słyszałam „zostaw to, ja to zrobię” (bez, rzecz jasna, określenia czasu zdarzenia).

Rozkręciłam pryczę. Rozłożyłam folie. Przyoblekłam się w dres domowy, beztydniowy. Otworzyłam puszkę, zamoczyłam pędzel i wałek no i sobie powoli malowałam. Gdzieś z tyłu głowy jakiś głos wciąż powtarzał: Zygfrydo, uważaj, pamiętaj, że kiedyś w sklepie wylałaś farbę, a przy malowaniu pierwszego wyra puszka spadła Ci z wysokości stołu na ziemię, ale usilnie ten głos uciszałam majtając odważnie sprzętem i manipulując drewnianymi kawałkami wyra. Aż tu nagle ryp. Nie wiem, jak. Absolutnie nie mam pojęcia. Pół puszki nie było już tam, gdzie powinno. W te pędy zmywałam dowody zbrodni, wciąż powtarzając „niech drugorodna jeszcze się nie budzi, niech małżon jeszcze nie wraca, niech pierworodna nie ma potrzeby akurat teraz się przytulić”. Zdążyłam. Szczęście w nieszczęściu, zadzwonił dożywotni, że oto musi zostać ze dwie godziny dłużej w robocie. Cóż za ulga. Dwie godziny więcej, żeby ogarnąć chaos, którego jestem królową.

Drodzy Czytelnicy kurzego chaosu!

Jeśli pojawia się w Waszych głowach wątpliwość, jak dokonać wielkiego łubudu w chacie, a nie macie podobnych do moich doświadczeń, walcie jak w dym. Chętnie uczynię to za Was. Nawet porządnie sprzątnę.

Jest też druga opcja. Może w końcu powinnam posłuchać mojego małżonka, który ewidentnie chce dla mnie jak najlepiej i mówi, żebym skupiła się na leżeniu i pachnieniu, a malowanie ograniczyła do paznokci, najlepiej nie samodzielnie.

Opublikowano zasłyszane, zobaczone | Skomentuj