Nadmorskie refleksje

Nie pamiętam, kiedy ostatnim razem byłam w sezonie letnim nad polskim morzem. Zazwyczaj bywaliśmy albo w miesiącu, kiedy człowiek z tytułem magistra z uprawnieniami pedagogicznymi wracał do pracy, lub, cytując klasyka, gdy już liście opadały z drzew, mojej mamie opadały ręce, a mnie opadał mózg.

Refleksji mam kilka po czterech dniach pobytu w mieście wiatraka i przeprawy promowej.

Nie chodzi o to, że jest tu więcej przybyłych odpoczywaczy z Reichu.

Nie chodzi o to, że mimo ciężkiej pracy panów z pomarańczowych kombinezonach, zbierania przez nich podczas jednej zmiany ponad półtora tony śmieci z plaży nadal drugorodna wynajduje pety czy kapsle.

Nie chodzi nawet o to, że parawany realnie zasłaniają mi widok na morze, a widok chłopa z gumowym młotkiem, wbijającego te paliki w piach przyprawia mnie o atak śmiechu (serio, czy ten parawan daje jakiś komfort, poczucie intymności? nie wiem).

Chodzi o to, że ludzie przyjeżdżają nad polskie morze żeby narzekać. I może ja też właśnie to teraz czynię. Ale zewsząd słyszę tutaj narzekanie więc i mnie się ono udzieliło. Bo narzeka się na wszystko. Że brzydka pogoda. Że drogo. Że jedzenie niesmaczne. Że na plaży dużo ludzi. Że ratownicy zabronili kąpieli, bo przecież Bofort szaleje. Że morze porwało dzieci, których rodzice nie zastosowali się do ostrzeżeń ratowników. I najgorsze. Kto to widział, przyjechać nad morze i wrócić bez opalenizny. Co bardziej odważni siedzą teraz na plaży w strojach kąpielowych przy tych szalonych siedemnastu stopniach Celsjusza i jutro pewnie będą narzekać na zatoki i ból gardła.

I wiem, że fala terroru przelewa się przez Europę. Że ludzie boja się wyjeżdżać za granicę, sądząc, że Polska jest ostoją bezpieczeństwa, a do tego można trochę jodu złapać, a jod to samo zdrowie. Ale zawsze jest coś za coś. Co roku te same prognozy pogody mówią, czego można się spodziewać w sezonie letnim nad Bałtykiem. Co roku ludzie nad ten Bałtyk przyjeżdżają i co roku wracają z tak samo skwaszoną miną i bladym licem. A przecież jeśli ktoś chce jechać nad wodę z zamiarem leżenia na plaży to raczej północ Polski nie jest dobrym kierunkiem. Można pojechać do Włoch. W podobnych cenach są pobyty w o wiele mniej zatłoczonych miejscach, z lepszą, zdrowszą, śródziemnomorską kuchnią, z milszymi gospodarzami, którzy chcą przychylić nieba letnikom. Albo taka Chorwacja. Też bezpieczna. I stosunkowo tania. Nawet w większości katolicka. O, albo Bułgaria. Złote Piaski czy inne takie. Ewentualnie nad Balaton się można wybrać. I nie narzekać. Albo narzekać komuś innemu, tak, żeby nie rozumiał w języku ojczystym gości.

 

Życie i urlopy byłyby wtedy o wiele przyjemniejsze.

 

Idę po szalik i gnam na brzeg wody, która jest cieplejsza niż aktualna odczuwalna temperatura powietrza. I cieszę się, że choć przez chwilę parawany nie zasłonią mi widoku na horyzont.

Ten wpis został opublikowany w kategorii refleksje i oznaczony tagami , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

2 odpowiedzi na „Nadmorskie refleksje

  1. Anna pisze:

    A my dwa ostatnie lata jeździliśmy nad morze, w dwie dzieciate rodziny i pomimo, że rzeczywiście ludzie tak ogólnie nad morzem narzekają, to my nie. Byliśmy nieżyciowi i nie-polscy, ale nam się wakacje nad morzem podobały, pomimo nie zawsze udanej pogody i makabrycznie zimnej wody. Takie wypaczenie charakterów :D

  2. Ja myślę, że najważniejsze jest właśnie to, by mieć na co narzekać. A na co ponarzekasz we Włoszech albo Chorwacji? Na ładna pogodę? Ewentualnie trzeba by się mocno wysilić i znaleźć jakieś powody, a na naszej plaży – jak sama zauważyłaś – wystarczy posłuchać..:)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>